• Joanna

Szczęście według Jo

Ktoś mnie kiedyś zapytał czy jestem szczęśliwa. Oczywiście od razu chciałam z euforią wykrzyknąć „ależ jestem bardzo szczęśliwa, jak możesz pytać”. Jednak po chwili zastanowienia wcisnęłam przycisk „pauza” na moim wewnętrznym pilocie i zadumałam się na tym pytaniem. Bo jaka jest definicja szczęścia? Jak określić szczęście? Jak je nazwać, tak naprawdę? Trzeba mieć odwagę, aby przyznać się sobie samej czy naprawdę się to czuje, czy może jednak nie.

Kiedy wracam pamięcią do czasów kiedy byłam dzieckiem to czuję wewnętrzny spokój. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że miałam „szczęśliwe dzieciństwo”. Miałam cudownych rodziców, którzy potrafili i chcieli spędzać ze mną czas, organizowali różne aktywności dla mnie i siostry. Pamiętam wspólne posiłki w każdy weekend, wyjazdy do lasu, zbieranie grzybów czy grę w kanastę na działce. To był fajny czas… Rodzice się w sumie nie kłócili, nigdy nie podnieśli na nas ręki. Byłam naprawdę szczęśliwa. Jako nastolatka chyba też. Moja mama zawsze była blisko, była moją przyjaciółką, której chciałam się zwierzać. Akceptowała mnie taką, jaką byłam. Oczywiście nie zawsze zgadzała się z moimi wyborami czy decyzjami, ja też nie zawsze chciałam jej słuchać, ale umiałyśmy się dogadać. Tata natomiast był moim autorytetem. Zawsze było dla mnie istotne co ma do powiedzenia i chciałam, żeby był ze mnie dumny. Patrząc teraz, z perspektywy czasu – podziwiam moich rodziców, naprawdę. Mam wrażenie, że pomimo różnych emocji i burzy hormonów dwóch nastolatek w domu, byli opanowani, cierpliwi i wyrozumiali. Albo umiejętnie się z tym kryli, jeśli było inaczej. W każdym razie dzięki nim, okazywanej miłości i ich podejściu do mnie - byłam szczęśliwa.

Życie doświadczyło mnie już na początku niestety mojego młodego życia. Jak miałam 24 lata zmarł mój tata, a pięć lat później, mama. To był bardzo trudny czas, w którym ciężko było odnaleźć w sobie chęć do bycia szczęśliwą. Oczywiście uśmiechałam się do życia, czasem przez łzy, bo wiem, że moi rodzice tego by chcieli. Żałobę zawsze ma się w sercu, ale życie jest jedno i nie można zmarnować go na rozdrapywaniu ran.

Wtedy też szczęście znalazło mnie. Zakochałam się. Po uszy. I tak już zostało.

Dzisiaj, jako dorosła kobieta, żona i matka mogę powiedzieć, że bywam szczęśliwa. Bo szczęście jest ulotne i wiem, że nie można być szczęśliwym przez 365 dni w roku.

Mogłabym powiedzieć, że skoro mam fajnego męża, fajne dzieci, fajnego psa, mieszkanie, pracę, i co najważniejsze, zdrowie – to powinno wystarczyć, żeby czuć się szczęśliwą. No właśnie. Czy wystarcza?

Nie umiem tego określić, ale siedzi to we mnie od lat i ciągle próbuję to złapać, czasem odnaleźć. To coś. Często się udaje i właśnie wtedy „bywam szczęśliwa”. To są te przysłowiowe motyle w brzuchu, kiedy ci się wydaje, że możesz wszystko, że świat leży u twych stóp.

To ten moment kiedy twoja niespełna trzyletnia córka codziennie wieczorem wtula się w ciebie, leżąc oczywiście w twoim łóżku, mówiąc „kocham cię mamo”

Albo kiedy najstarsza nastolatka w domu trzaska drzwiami, krzycząc, że ja nic nie rozumiem, a potem przychodzi i ze łzami w oczach przeprasza, tuląc się i prosząc żebym jej zaśpiewała tą najdłuższą kołysankę, tą co zawsze śpiewałam jak była mała.

Czasem kiedy oglądasz film z drugą nastolatką i razem, jedząc popcorn, płaczecie na zakończenie filmu, śmiejąc się też z siebie przez te łzy.

Kiedy znajdujesz karteczkę przyklejoną do lustra „miłego dnia, kocham cię” i banan na twarzy towarzyszy ci przez resztę dnia.

To jest moja codzienność, która daje mi szczęście, ale przede wszystkim, która sprawia, że chce mi się dalej szukać tego „innego szczęścia”. Tego szczęścia, którego nie umiem zdefiniować, a które wiem i czuję, że czai się za rogiem.


10 wyświetlenia
 
This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now